Licznik odwiedzin : 2587818
Logo

Sukces na luzie. Wywiad z Agnieszką Mandat

  - Rola Janiny Duszejko i Srebrny Niedźwiedź dla „Pokotu” podczas 67. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie sprawiły, że znalazła się Pani w centrum zainteresowania. Jak Pani wspomina tę swoją berlińską przygodę?
W Berlinie czułam się zupełnie abstrakcyjnie. Nie jestem przyzwyczajona do tego rodzaju wysokich progów. W związku z tym na początku trochę się tego bałam, a potem zaczęło mnie to bawić. Życzliwość ludzi była ogromna! Oczekiwali ode mnie, żebym była gwiazdą, no to zaczęłam grać gwiazdę. Widownia, która przyszła obejrzeć film, była ogromna - chyba ze dwa tysiące ludzi. Kiedy weszłam po projekcji, ci wszyscy ludzie zaczęli wołać „łuuuu” i bić brawo. Wydawało mi się, że każdemu powinnam podziękować, więc zaczęłam do nich machać. W pewnym momencie uświadomiłam sobie - co samą mnie zresztą rozbawiło - że przecież się nie rozmnożę, żeby każdemu podziękować. Straciłam więc poczucie, że cokolwiek muszę…

- Na czerwonym dywanie prezentowała się Pani… bosko.
Bardzo mi zależało, żeby być sobą a nie Janiną Duszejko. Chyba się udało.  Pamiętam jak z Patrycją Volny czekałyśmy przed kolejną ścianką i podszedł do nas dyrektor festiwalu. Rozmawialiśmy dość długo, po czym zwrócił się do mnie z pytaniem: „A Pani, kogo grała w tym filmie?”. To była tak wspaniała recenzja, że pękałam ze szczęścia. Cieszyłam się, że moja rola to już samodzielny byt, a ja dalej jestem sobą.

- Choć czasem porównuje się Panią do Meryl Streep…
Tak, kilka razy już się zdarzyło, że ktoś mnie porównał do tej aktorki. Tylko do tej pory nie wiem, w czym niby przypominam tę Meryl Streep? Czy chodzi o sposób grania, czy wygląd? W każdym razie pierwszy raz zauważyła to podobieństwo Joasia Brodzik na planie „Rozlewiska”. Moi studenci z PWST w Krakowie, ale to dopiero kiedy przestałam ich uczyć, zawstydzeni przyznali, że im Streep przypominałam. Nie wiem, czy z tego powodu mam się cieszyć, czy martwić, ale tak się zdarza…

- W każdym razie postać Janiny Duszejko była zupełnie inna. A co dla Pani było w tej roli najważniejsze?
Aktor musi tak budować postać, żeby była prawdziwa i inspirowała go. Ja zobaczyłam w Janinie Duszejko szczęśliwą osobę, która zdecydowała się na taki a nie inny sposób życia. Kobietę, która jest uważna na ludzi i przyrodę. Ma bogaty świat wewnętrzny, z którym jest szczęśliwa, i nikomu się nie narzuca. Jeżeli ktoś prosi ją o pomoc, to pomaga, ale nie jest nadopiekuńcza wobec innych. Do pewnego momentu wszystko w jej życiu jest harmonijne. Cezurą jest sytuacja, która bardzo nią wstrząsa i powoduje, że przekracza granice, których nie powinna być może przekroczyć. Mnie się w niej podoba to, że jest szczęśliwa tu i teraz. Ludzie bardzo często myślą, że będę szczęśliwi dopiero gdy zdobędą to, tamto czy siamto, a ona jest szczęśliwa z tym co ma to. Życie, które prowadzi, to jej wybór. To mnie w niej najbardziej urzekło i tego szukałam w roli.

- Czy Pani również jest szczęśliwa z tym, co ma?
Tak, nawet jeśli coś nie idzie po mojej myśli, cieszę się z tego co mam i zastanawiam się jakie bogactwa mogę z tego wyciągnąć. To daje pogodę ducha i radość. W Berlinie, kiedy miałam trochę czasu, wybrałam się do Muzeum Filmu i Telewizji. Poleciła mi je Ela Protakiewicz – wykładowca na wydziale operatorskim w Łodzi - kiedy robiłyśmy wspólny projekt ze studentami. Ciekawe muzeum - są tam filmy sprzed stu lat. Obejrzałam sobie zdjęcia próbne Marleny Dietrich do „Błękitnego anioła”. Była wtedy zupełnie nieporadna i wściekła, kiedy kazali jej powtarzać scenę po raz kolejny. Potem została gwiazdą – widzimy ogromy pokój, w którym są jej liczne kostiumy. Dalej obserwujemy szczyt kariery – recitale, tournée. I wreszcie koniec jej kariery, kiedy umiera w samotności, z alkoholem. Sława to moment, chwila, pięć minut. Najgorzej jeśli się uwierzy, że te 5 minut będzie trwać zawsze i że ten wirtualny świat jest prawdziwy. Natomiast jeśli potraktuje się swój sukces na luzie – fajnie, że mam te pięć minut, ale one miną - to wtedy jest pogoda i dystans. Wydaje mi się, że ten dystans jest najcenniejszy.

- Jednym słowem Srebrny Niedźwiedź ucieszył Panią, ale w głowie nie przewrócił…
Pewnie, że się cieszę. Cieszy się Agnieszka Holland i cała ekipa „Pokotu”. Cieszą się moi znajomi i cała szkoła teatralna w Krakowie, która teraz będzie Akademią Teatralną im. Stanisława Wyspiańskiego. Kibicowali mi niesłychanie, zresztą prosto z Berlina przyjechałam do Krakowa na 70-lecie PWST.

- Jest Pani nie tylko absolwentką tej uczelni, ale i jej wieloletnim pedagogiem. Tak się złożyło, że dwóch wychowanków grało z Panią w „Pokocie” – Tomasz Kot i Jakub Gierszał…
Tomka Kota bezpośrednio nie uczyłam - w czasach kiedy studiował, byłam dziekanem - ale bardzo go ceniłam, ponieważ był niezwykle zdolnym studentem. Natomiast Kuba Gierszał był już moim „osobistym” studentem – super utalentowany chłopak. Pamiętam też, że jego tata – Marek Gierszał - był na roku, kiedy ja przyszłam uczyć w tej szkole.

- Zdolni wychowankowie świadczą o nauczycielu…
Agnieszka Holland powiedziała kiedyś: „Kogo obsadzam, to twój uczeń”. Miłe. A jeśli chodzi o Tomka i Kubę, to oni mają już większy dorobek filmowy niż ja, są rozchwytywani. Z jednym i drugim fantastycznie mi się pracowało. Zastanawiam się na czym to polega? Czy nie na tym, że wyrośliśmy z takiego samego sposobu myślenia, z którym zetknęliśmy się w szkole aktorskiej? Czy po prostu nadajemy na tych samych falach.

- Jakich jeszcze wychowanków miała Pani pod swoim skrzydłami?
Było ich naprawdę wielu. Uczę od 1988 roku - kawał czasu! - nawet nie chcę liczyć, ile to lat. Uczyłam m.in. Maję Ostaszewską, Magdę Boczarską, Magdę Czerwińską, Iwonę Wszołek, Joasię Liszowską. Talent się ma albo nie, w szkole daje się aktorowi rzemiosło. Ci co chcą, szlifują to rzemiosło i wtedy ten talent-brylancik pięknie błyszczy. Kiedy na jubileuszu 70-lecia PWST na scenie stanęło prawie 100 aktorów, to w większości były to rozpoznawalne nazwiska. Wszyscy wspaniale się zaprezentowali – od Izabeli Olszewskiej, która z poczuciem humoru wcieliła się w Isię, poprzez Annę Polony, Annę Seniuk, Jana Nowickiego, i wielu innych wspaniałych aktorów, po najmłodsze pokolenia absolwentów PWST. Uczestniczyli w tym przedstawieniu także studenci, którzy w postaci chłopów, z piosenką na ustach, przetaczali się przez scenę.

- Jak się uczy to najmłodsze pokolenie przyszłych aktorów?
Młodzi ludzie myślą dziś skrótem. Na co dzień posługują się informacją sms-ową i facebookową. Stąd problem dydaktyczny, ponieważ trudno im ciągnąć myśl przez kilka wersów. Oni przeważnie twittują tę myśl, a potem zapełniają energią pozostałe słowa. Trzeba ich nauczyć, żeby się nie wstydzili słowa, pokazać, że słowo może być piękne. Teraz przygotowuję z nimi „Wesele” – skoro szkoła ma nosić imię Wyspiańskiego – i obserwuję, że studenci mają kłopot z takimi słowami jak: „ho, ho”, „ach”, czy „cha, cha, cha”. Okazuje się, że to dla nich wstydliwe słowa. Chcą je powiedzieć naturalnie i wtedy w ogóle ich nie słychać. Boją się przetworzyć to przez sztukę. Tego ich trzeba nauczyć, ośmielić, być pomostem między tym pokoleniem, które tak pięknie się zaprezentowało jak Iza Olszewska czy Hanka Polony, a tym pokoleniem młodym.

- Przez wiele lat była Pani aktorką Starego Teatru w Krakowie…
Tak, ale odeszłam stamtąd, bo nie odpowiadał mi kierunek. Dla mnie nie jest to Narodowy Stary Teatr tylko teatr Jana Klaty. To bardzo zdolny człowiek i powinien reżyserować, natomiast nie mogą wszyscy grać do tej samej muzyki. Kiedy byłam przyjmowana do Starego Teatru i wypracowywana była nazwa Narodowy, na temat której wypowiadał się Jan Paweł Gawlik. Strategia była taka, żeby w Narodowym tworzyli różni wielcy reżyserzy – Jarocki, Wajda, Swinarski - i ta różnorodność była bazą, ponieważ oni między sobą konkurowali artystycznie, przychodzili na swoje spektakle, mieli swoje zespoły aktorów. Jednym słowem, był twórczy ferment. Teraz jest kierunek ideologiczny, czego nie znoszę w sztuce, bo uważam, że sztuka powinna być uniwersalna. Jak bierzemy dramaty sprzed 2 tysięcy lat to one wciąż nas interesują, ponieważ są o człowieku. Nie lubię jeśli w sztuce narzuca się widzowi w sposób podprogowy, co ma myśleć. Sztuka powinna rzucać tematy, a każdy człowiek  - w zależności od swojego doświadczenia, wrażliwości i zainteresowania tematem – rozwijać je na swój sposób. W momencie, kiedy mówi mu co ma robić, to nie jest sztuka tylko ideologia.

- Pozostała Pani jednak przewodniczącą Koła ZASP przy Starym Teatrze. Już niebawem przed krakowskim oddziałem ZASP duże wydarzenie – 27 marca, w Międzynarodowy Dzień Teatru, odbędzie się XI Raut Aktorów…
Rzeczywiście, po wielu latach przerwy zostanie wznowiony Raut Aktorów - impreza, podczas której krakowscy artyści sceniczni otrzymają nagrody - Ludwiki i Maski. A odbędzie się to w Teatrze im. Juliusza Słowackiego właśnie 27 marca w Międzynarodowy Dzień Teatru. Wcześniej Rauty organizowała Krakowska Fundacja Artystów Teatru. W tym roku funkcję tę przejął krakowski oddział ZASP, pod przewodnictwem Bolesława Brzozowskiego. Warto dodać, że dzięki niemu niesłychanie dynamicznie rozwija się Klub Loża, gdzie również odbywa się wiele wydarzeń artystycznych.

Dziękuję za rozmowę
Redakcja ZASP/J Helena Czarnecka 

fotosy z filmu "Pokot" R.Palka