Licznik odwiedzin : 2587711
Logo

Wywiad z Zofią Czerwińską

- SPATiF to legendarne miejsce spotkań polskich artystów w Warszawie. Obecnie klub ten został wyremontowany i zmodernizowany. Jak Pani sądzi - ma szansę na taką popularność jaką miało w latach swojej świetności?
Nie ma takiej szansy, bo to myśmy się zmienili. SPATiF był wtedy, kiedy my się do niego tuliliśmy. Nie było mieszkań, telefonów, na zewnątrz szaro, buro, głęboka komuna. Tam można było przyjść, troszeczkę pewniej porozmawiać, przytulić się, popłakać czy podzielić radością. Tu się czekało na telefon z propozycjami zawodowymi. Przychodził szatniarz Franio i wołał do telefonu. Ale rzeczywistość zaczęła się zmieniać. Powoli ludzie nabywali stanowiska, mieszkania, telefony. Ktoś się ożenił, żona była prywatna, więc nie pozwalała, a jak już przyszła to mąż udawał, że go dawno tu nie było. Franio wtedy krzyczał: „Jezu, jak tu Pana dawno nie widziałem”. A on… wczoraj się upił z panienką! Takie był scenki. Myśmy codziennie tam byli. Teraz wszyscy mówią: „Co z tym SPATiF-em? Trzeba go reaktywować!”. A ja pytam: „A przyjdziesz?”. A jeden czy drugi odpowiada, że kiedyś na pewno wpadnie. To myśmy się zmienili, nie SPATiF.

- Czy w SPATiF-ie bywali tylko artyści?
To była dość duża grupa ludzi, nie tylko artystów, ale także dziennikarzy, literatów, lekarzy, adwokatów. Wszyscy ci, którzy lubili artystów i odwrotnie – ci, których lubili artyści. Każdy z nas miał swojego znajomego adwokata czy lekarza, którego rekomendował do tej grupy. Wszyscy jednak mieli w sobie ten przymus, aby przynajmniej raz dziennie zajrzeć do SPATiF-u. Każdego dnia. I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jak się pytało, czy był taki czy owaki, Franio odpowiadał: „Jeszcze nie było”. Nigdy nie odpowiedział: „Nie było”.

- Proszę opowiedzieć coś więcej o legendarnej postaci, szatniarzu Franiu.
To była postać, osobowość, legenda. Ktoś, kto ratował, pożyczał pieniądze, ale i jego też się ratowało, bo to był alkoholik gipsoman. Po latach okazało się, że był oficerem MSW. Grał w pokera, numerek, wymieniał dolary. Franio wiedział o nas wszystko, dosłownie wszystko. Słyszał wszystkie rozmowy telefoniczne, a były różne - i służbowe, i towarzyskie, i intymne. Nagminnie wszyscy pożyczali od niego pieniądze, a on prowadził zeszyt długów. Gdy umarł, na jego pogrzebie było więcej osób niż na pogrzebie Sempolińskiego. Wszyscy z takimi uśmiechami, że nie będą musieli zwracać swoich długów. Okazało się, że wdowa po Franiu miała ten zeszyt długów i zgłaszała się do dłużników po spłatę. Część zwróciła, ale czym była wyższa pożyczka i wyższe stanowisko - to tym rzadziej. 

- Niektórzy z bywalców mieli „swój stolik”. Co to oznaczało?
Własny stolik mieli ci, którzy byli codziennie i skupiali wokół siebie rotacyjnie pewną ilość osób przy tym stoliku. Takie osoby nagradzano tym samym miejscem. SPATiF był klubem, charakteryzował się tym, że ludzie owszem przyszli, zjedli obiadek, napili się, ale oni przede wszystkim siedzieli godzinami i gadali. W latach 80. nas zamknęli i na trzy lata przenieśliśmy się na róg Pięknej i Mokotowskiej. Nie było tam tej atmosfery, tego klimaciku, ale ludzie też tam przychodzili. Potem wróciliśmy na swoje miejsce. I już zaczęła się nowa rotacja. Codziennie pojawiał się Profesor Woll, który miał swój stolik. Jako dyrektor Biura Filmu Naukowego miał swoje mieszkanko tuż nad SPATiF-em. Miał źle zrobioną operację obu bioder, przez przyjaciół lekarzy zresztą, z trudnością się poruszał. Schodził koło południa do klubu po tych schodach, a zajmowało mu to pół godziny, i jak usiadł, wychodził o czwartej, a Franio pomagał mu wejść na to jego pięterko. Józef Prutkowski także miał swój stolik, pił zawsze rano, a każde jego przyjście, było całym spektaklem. Był to poeta, satyryk, głośny, bardzo hałaśliwy, pozornie wspaniały facet. W Armii Berlinga był oficerem politycznym. Był uroczy i mógł zawsze coś załatwić, jak zachodziła taka potrzeba. Wieczorami było w SPATiF-ie dużo ludzi młodszych. Prutkowskiego już wtedy nie było, bo był łaskaw upić się już o drugiej w południe. Za to dopiero wieczorem przychodził Janusz Minkiewicz. A do stolika Minkiewicza mogli się przysiąść tylko ci, których sobie życzył.

- Na jego zaproszenie?
Wyłącznie. Wtedy wiadomo było, że jak ktoś miał coś do niego, to stał i mówił, a nie żeby sobie usiadł!

- Jak Pani trafiła do SPATiF-u?
Miałam wejście smoka. Właśnie z Minkiewiczem. Ale od początku… Przyjechałam do Warszawy, gdzie miał czekać na mnie etat w Syrenie. Miałam już przygotowane mieszkanko, wymówioną pracę w Olsztynie… A tu klapa, nie dostałam pracy. Co ja robię? Jestem odważną osobą, mimo że jedynaczka, wypieszczona, ale z duszą ryzykantki. I to ryzyko zawsze mi się opłacało, więc nie ma powodu, abym nią nie była. Miałam doświadczenie teatralne z Wybrzeża, byłam po rolach u Hübnera… Ale byłam zawsze charakterystyczna, pomyślałam więc, że estradę sobie dziabnę! Minkiewicza znałam z Wybrzeża, ponieważ zjeżdżał tam na wakacje. Gdy po raz pierwszy weszłam do SPATiF-u, jak zawsze było pełno ludzi. Minkiewicz siedział przy swoim stoliku, tuż przy drzwiach, i krzyknął: „Jak byłaś młoda, to mi się podobałaś”. A ja miałam wtedy 22 lata! A ja odpowiedziałam mu równie głośno: „A to ty jeszcze żyjesz?”. I z całej sali dostałam brawa. On także docenił mój żart. Zaprosił mnie do stolika i zostałam już tam na bardzo wysokim stanowisku przez 20 lat. Zresztą potem zostałam jego sekretarką, gdy akurat miałam gorzej zawodowo. Przepadaliśmy za sobą. 

- Na pewno takie ciekawe środowisko było penetrowane przez MSW?
Bardzo szybko się nami zainteresowali, prawdopodobnie już na początku lat 60. Aby wejść do SPATiF-u potrzebne były karty wstępu, za darmo dostawali je artyści, ludzie spoza aktorstwa musieli je sobie wykupić, a były dość drogie. Przysłali więc z MSW pismo, że życzą sobie 10 kart na okaziciela. Dostali te karty za darmo, nie było innego wyjścia. Gdy przychodzili, to po tych ryjach rozpoznawaliśmy natychmiast kto to jest. Kiedyś przyszło czterech, może nie szpiegować, ale napić się wódki, bo u nas była tania. Jak oni weszli, ja ryknęłam: „Czy w klubie MSW jest też tylu aktorów?”. Tego dnia szybko się zmyli. Oni nie donosili, że Czerwińska powiedziała to, czy tamto, ich interesowały panujące u nas nastroje. Po latach się okazało, że wielu kolegów aktorów, sam Franio też, byli z UB. Takie to były czasy…

K/ZASP

FOT. Archiwum prywatne